środa, 29 grudnia 2010

Agnieszka Frączek – „Rymobranie”

W swoim dzieciństwie zaczytywałam się w pięknych wierszach Jana Brzechwy, Juliana Tuwima czy Marii Konopnickiej. Teraz, te ponadczasowe książeczki przekazuje i czytam swojej córce. Jednak do kolekcji niebywale dołączyłam przepiękne bajkowe wiersze Agnieszki Frączek. Ostatnio, dzięki serwisowi nakapanie.pl, naszą „bibliotekę skrzata” zasilił najnowszy zbiór autorki pt. „Rymobranie”. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Wilga, jako kolejny tom Platynowej Serii. Jest to kolekcja, która łączy znakomite teksty wybitnych autorów z przepięknymi ilustracjami Macieja Szymanowicza, grafika i ilustratora.
Zasługuje on, wg mnie, na szczególną uwagę, bo czytając dziecku dany wiersz, ma się wrażenie, że został on napisany do rysunku, który obfitością barw i radosnymi postaciami, wypełnia kartkę dziecięcej książeczki.
Okładka na pierwszy rzut oka skojarzyła mi się z wierszem Juliana Tuwima „Abecadło”, co w ogóle jej nie ujmuje, ale nawet zachęca do zajrzenia do środka.
Książka jest solidnie wykonana, twarda oprawa i co najważniejsze, kartki papierowe, ale utwardzone, niedające się łatwo rozerwać w rękach małego czytelnika-słuchacza (sprawdzone w praktyce).
Czytam wiele, różnych wierszy swojemu dziecku i wiem, że najważniejsze w poezji dziecięcej to rym i rytm. Wtedy to chętnie słucha, a starsze dzieci nagle same z siebie zaczynają mówić je na pamięć. A czy my (dorośli) nie jesteśmy wstanie powiedzieć, choć parę wersów „Lenia” czy „Lokomotywy”. One też były niezwykle rytmiczne i rymowały się.  Te dwie ważne cechy dziecięcego wiersza można znaleźć w zbiorze Agnieszki Frączek. Jako doktor językoznawstwa i leksykograf niesamowicie przemyca ona do dziecięcych książeczek wiedzę o współczesnej polszczyźnie.
W wierszach poznajemy niezwykłych bohaterów, zwierzęta i ludzi, którzy prezentują cechy ludzkie, jednak podszyte nutką fantazji i humoru. Dodatkowo autorka bawi się słowami, tworząc nowe wyrazy. Stąd, poznajemy Grubelka, Końduktora, Drżyrafę Kasię. Inne wyrazy nabierają nowych znaczeń, poszczekalnia, rysiopis, michomory, bykini, ale nawiązują do słów, z których powstały, a nam jak i naszym milusińskim dostarczają wiele śmiechu i radości.
Autorka swoje upodobania słowne wyraziła w zabawnym wierszyku umieszczonym na tylnej okładce i stąd wiemy, że zamiast trzymać się słów ze słownika, woli psotnie rymować i uprawiać dzikie słowoswawole.
            Sądzę, że każde dziecko z chęcią umieści „Rymobranie” Agnieszki Frączek w swojej biblioteczce, ale i sądzę, że nie jeden rodzic pożyczy sobie ten okaz dla poprawienia humoru, i też z chęcią będzie je czytał małemu szkrabowi.
            Oprócz tworzenia dziecięcych książeczek, Agnieszka Frączek z pasją bada 300-letnie słowniki polskie i niemieckie, jako doktor na Uniwersytecie Warszawskim. Jednak będąc laureatką Nagrody Edukacja 2008 i na tej płaszczyźnie osiągnęła sukces. Jestem przekonana, że na stałe już się wpisała do kanonu literatury dziecięcej.

Ten piękny zbiór wierszy dostałam dla Marysi i do recenzji od www.nakanapie.pl - dziękujemy :)

Paweł Bitka Zapendowski – „Jak u Almodovara”


Świat idzie do przodu i już nawet sztuki teatralne są nam udostępniane w e-formacie. Takim przykładem jest komedia Pawła Bitki Zapendowskiego „Jak u Almodovara” wydana przez e-bookowo.pl.
            Moją uwagę od razu przykuł tytuł oraz ciekawa okładka zaprojektowana przez Studio Création w Paryżu, gdzie autor urodzony w Krakowie obecnie mieszka.
Pedro Almodovar jest jednym z najbardziej cenionych reżyserów kina autorskiego na świecie. Jego filmy są najczęściej melodramatyczne, w których pełno nieprawdopodobnych historii, czarnego humoru, a w obyczajowość swoich filmów swobodnie wplata również wątki homoseksualne. Almodovar jak mało, kto potrafi portretować kobiety i ukazywać skomplikowaną naturę ludzkich emocji. Czy to wszystko jesteśmy w stanie odkryć w sztuce Pawła Zapendowskiego?
            Akcja książki dzieje się w czasach nam współczesnych (wczoraj, dziś, może zdarzyć się jutro) początkowo w małym miasteczku Obciachowo, gdzie poznajemy naszych bohaterów. Bożenka nieszczęśliwa w małżeństwie z pomocą koleżanek doprowadza do rozwodu z Golem, prostym facetem bez ambicji, jednak bardzo kochającym swoją już eks-żonę. Po rozwodzie budzą się w niej poglądy feministyczne i to bardzo radykalne, i postanawia z córką wyjechać do stolicy, by tam zacząć nowe życie. Wraz z nią wyjeżdża Iza, księgowa, też rzekomo bez przyszłości w Obciachowie, marząca o bogactwie i luksusie. W Warszawie otwierają biuro rachunkowe „Zrób mi Pit-a”. Pod wpływem pewnego zdarzenia zamieniają go na Profesjonalny Salon Kobiecej Dominacji. Jest on połączeniem „ponurej izby tortur z optymistyczną siłownią”. SKD cieszy się popularnością, grafik pęka w szwach. Tymczasem zrozpaczony Golo postanawia odnaleźć Bożenkę i namówić do powrotu. Wyrusza do Warszawy…
            Czy jest jak u Almodovara? Czy autor kpi stwarzając kolejne sytuacje? Mamy tu przedstawiony świat kobiet, skrzywdzonych, niezrozumiałych przez mężczyzn, ale i jak za nimi tęskniących. Mamy mężczyznę uzależnionego od wąchania damskiej bielizny ze spokojem przyjmującego swój los zniewolonego na smyczy Jogiego. Tak się zastanawiam, czy ta komedia może mieć dalsze dobre zakończenie i które to będzie to dobre? Czy powrót z Golem do domu? Przecież to dzięki niemu w sumie Salon zostaje uratowany. Czy Bożenka jest w stanie porzucić wszystko, co osiągnęła i wrócić do Obciachowa? Ależ oczywiście, że nie. Przecież to byłaby jej porażka, jej „obciach”. Już raz skosztowała sukcesu i dalej będzie chciała płynąć tą rzeką. To Golo ją kocha i to Golo poświęci dla niej wszystko. No cóż to moja prywatna interpretacja, każdy może ułożyć swoje własne zakończenie, gdy zapozna się z jej treścią.
            Komedia ta została napisana prostym, współczesnym językiem. Autor z precyzją maluje nam przestrzeń, w której mamy się poruszać. Jako wszechstronnie uzdolniony artysta (dramaturg, prozaik, plastyk, muzyk) nie pozostawia szarości w sztuce. Oczami wyobraźni jesteśmy w stanie ubrać aktorów, zbudować scenografię, dopasować muzykę; i już sami siedzimy na widowni, nie za blisko, bo wtedy nienajlepiej widać ;-)
            Cała książka nie tylko rozbawi czytelnika, bo jak sądzę nie tylko o wywołanie śmiechu autorowi chodzi. Dla mnie Paweł Bitka Zapendowski obnażył dążenie współczesnych mas, konsumpcjonizm, powierzchowność i rządza pieniądza. Pieniądz przygasza uczucia, które siedzą mimo wszystko w nas głęboko i nie jesteśmy w stanie się ich pozbyć, wracają niczym bumerang i każdy musi się zastanowić, co wybrać, kto ma ustąpić, a może da się znaleźć złoty środek by wszyscy byli szczęśliwi. Widzimy również jak duże miasto, gdzie nikt na nikogo nie zwraca uwagi, działa na akceptację innych, ich uzależnień, upodobań, to wszystko widzimy w małżeństwie Kasi i Adriana.
            Przez myśl przebiegło mi teraz „Tango” Sławomira Mrożka, sama nie wiem, dlaczego. Może przez formę tańca, groteski, tej surrealności w realności jednoczenie. Obydwie sztuki dotykają różnych tematów, ale łączy je jedno, człowiek i jego natura.
„Jak u Almodovara” to książka, która może zaciekawić wiele osób z tych, którzy lubią się pośmiać i zastanowić nad tym, co czytają. Ja podeszłam początkowo do tej książki z pewną rezerwą, jednak z każdą kolejną stroną sztuka przekonywała mnie do siebie i teraz polecam ją innym. Warto się zmierzyć z jej treścią i ocenić czy nas to przekonuje i czy prawdą jest, że „…ciemna strona człowieka, to ciemna strona mężczyzny.”?
            Komedia ta zdobyła już nagrodę na Festiwalu Komedii X Talia w 2006 roku, odbyło się również czytanie tej sztuki przez aktorów, czas teraz by ugięły się pod nią deski teatru.

Recenzja dla portalu www.nakanapie.pl - dziękuję za tego e-booka

Marcin Pilis - "Łąka umarłych"


Odkąd usłyszałam o książce Marcina Pilisa „Łąka umarłych” czułam nieodpartą chęć zapoznania się z jej treścią. Dlaczego, sama nie wiem, gdyż zwolenniczką kryminałów nie jestem, a może nie wiem, że jestem, po prostu ich nie czytam, nie wybieram. Już sama okładka stwarza pierwszy nastrój do czytania tej książki i wraz z tytułem nakreśla sytuację. Mimo iż czytałam w wywiadzie, że jest ona kontynuacją serii wydawnictwa SOL, to uważam, że zaprojektowana przez Andrzeja Brzezickiego w pełni oddaje treść i emocje książki.
            Książka opowiada historię Wielkich Lip, małej, niepozornej wioski oraz ludzi z nią związanych. W latach 90-tych osiemdziesięcioletni, były oficer SS, Karl Strauch, wyrusza do Polski, do Wielkich Lip. Tam, gdzie w 42 roku wraz ze swoimi żołnierzami dokonał mordu na rodzinach Żydowskich. Prawda jednak jest jeszcze gorsza. Oddział niemiecki stał na straży i dokonał egzekucji. Prawdziwa tragedia rozegrała się wśród własnej społeczności, zabrakło więzi między ludźmi, nie było mowy o solidarności, nawet twarda ręka klasztoru nie była wstanie utrzymać człowieczeństwa w sercach ludzi. To naziści stali się w pewnym stopniu świadkami barbarzyństwa… To całe zło odkrywa w latach 70-tych syn zmarłego astronoma, Andrzej Hołotyński. Jego ojciec spędził tam wojnę i czas komunizmu i znając dzieje Wielkich Lip trzymał syna z dala od tego miejsca, nigdy nie zabiera do swojego obserwatorium, tylko na łożu śmierci prosi go o zrobienie tam porządku. Andrzej przez dwa lata ociąga się, by wreszcie wyruszyć do Wielkich Lip na spotkanie z przeszłością ojca i swoją przyszłością…
            „Łąka umarłych to książka obrazująca najciemniejsze fakty z naszej historii, jednak czy możemy odetchnąć z ulgą wiedząc, że ubrane są w literacką fikcję? Autor będąc dziennikarzem i prozaikiem ofiarował nam dwa rodzaje doznań połączone w jedną całość. Stworzył doskonały kryminał albo może i wręcz thriller o wartkiej akcji, odkrywaniu kolejnych tajemnic no i tak nieprzewidywalnym zakończeniu historii z lat 70-tych, z udziałem postaci, którą mimo wszystko byśmy o to nie podejrzewali. Jesteśmy również świadkami historii. Przeżywamy mord rodzin Żydowskich w czasie II Wojny Światowej i ich bezduszne traktowanie. Później doświadczamy bezwzględności systemu socjalistycznego i działania Służb Bezpieczeństwa, okrucieństwo, które nie zna granic.
            Książkę czytało mi się bardzo dobrze. Z wielkim zaciekawieniem, ale i z dozą przejęcia odkrywałam kolejne tajemnice, które mnie przerażały. Jednak znając historię, wiem, że powieść nie jest przekoloryzowana. Co jeszcze większy w sercu pozostawia smutek. Książka obszerna, ale czyta się ją bardzo lekko i płynnie są ze sobą połączone historie czasowe. We mnie ta książka wzbudziła wiele refleksji na temat ludzkiej mentalności. I tak się zaczęłam zastanawiać, ile nauki i doświadczenia zaczerpnęliśmy z naszej historii.
            Sądzę, że powieść może znaleźć uznanie u wielu czytelników o różnych gustach. Na pewno przyciągnie zwolenników książek kryminalnych i thrillerów; ciekawych pokoleniowego romansu, jak i czytelników lubiących książki historyczne.
            Marcin Pilis zyskał już uznanie czytelników w 2006 roku swoją pierwszą książką, „Opowieść nawiasowa”; myślę, że i „Łąka umarłych” nie przejdzie bez echa.

Recenzja napisana dla portalu www.nakanapie.pl - dziękuję za egzemplarz recenzyjny :)