niedziela, 6 marca 2011

Przedszkolak na medal!


- Nie rób mi tego – powiedział do mojej przyjaciółki jej synek, gdy ta zaprowadziła go do przedszkola.
Kiedy mi to opowiadała samej mi ciarki przeszły po plecach. Skąd w tym małym, lubiącym się bawić chłopcu, takie słowa? Nie mam pojęcia. On był trudniejszym przypadkiem. Jednego dnia szedł tam z radością, innego natomiast zapierał się nogami, by nie wychodzić z domu.
            I nasz Tupcio Chrupcio już dorósł, żeby ubrać zielony fartuszek i pójść do przedszkola. Pierwszego dnia udało mu się przekonać swoją mamusię, że przedszkole nie jest dla niego i został w domu. Mama jednak nie miała czasu by się z nim bawić. Jej obowiązki domowe sprawiły, że Tupcio Chrupcio umierał z nudów. A później jeszcze zadzwoniła ciocia Jadzia i w końcu trzeba było iść po zakupy. Tu też nie było za ciekawie. Mama spotkała przyjaciółkę, a Tupcio zaczął się oddalać. I oddalać. I dotarł do przedszkola. Przez okno zobaczył swoich przyjaciół, którzy wspaniale spędzali czas i zaczął im zazdrościć, nasz mały Tupcio Chrupcio. Wieczorem sam poprosił mamę o zgodę na pójście do przedszkola. Jego przyjaciele bardzo się ucieszyli i na wspólnej zabawie spędzili dzień. Tupcio był w siódmym niebie. I mimo radości z widoku rodziców, to wcale nie chciał wracać do domu. Z entuzjazmem opowiadał o wspaniale spędzonym dniu z innymi dziećmi i z radością stwierdził, że pójdzie tam jutro.
            Z przyjemnością przeczytałam kolejną historyjkę o Tupciu Chrupciu mojej małej Marysi. Obydwie dużo radości czerpiemy z czytania bajek. Ja również twierdzę, że czytanie wychowuje, dlatego w pełni popieram z wydawnictwem Wilga tą inicjatywę.
            „Przedszkolak na medal” jest również tłumaczenia Elizy Piotrowskiej, która jako świetny Tłumacz języka włoskiego na nowo przełożyła całą serię książeczek o Tupciu Chrupciu autorstwa Anny Casalis. Duża, pięknie wydana bajka dla dzieci z ilustracjami Marco Campanella przenosi małego odbiorcę w cudowny świat przyjaznej myszki. Ja tymi rysunkami jestem zauroczona, moje dziecko też przyciągają, gdyż sama z chęcią obraca strony i rączką próbuje dotknąć namalowane zwierzątka, śmiejąc się i mówiąc do siebie.
            Dla mojej Marysi przedszkole to jeszcze sprawa przyszłościowa. Teraz, gdy widzi inne dzieci, to się do nich wyrywa i cieszy się, gdy jest wśród rówieśników. Lubi się bawić i sama już zostawia kredkowe ślady nie tylko na papierze. W naszej domowej bibliotece skrzata stoi już na półce Tupcio Chrupcio, jako wzorowy przedszkolak. Często czytam jej książeczki z tej serii, i mam nadzieję, że jak przyjdzie czas, że będę musiała zostawić mojego smyka za drzwiami przedszkola, to ta książeczka pomoże zrozumieć jej, że tam bez mamy przecież nie jest źle i że będzie dobrze się bawiła. Ba, mam nadzieję, że Marysia trafi na takie przedszkole jak jej książkowy przyjaciel Tupcio Chrupcio.
Kanapo bardzo dziękujemy:-)

środa, 2 marca 2011

OPANOWANIE – DYSCYPLINA – RÓWNOWAGA


Czy te trzy słowa mogą być receptą na sukces, potęgę firmy? 

Tomasz Mann na przełomie XIX i XX wieku stworzył dla nas wspaniałą sagę rodzinną, powieść arcydzieło, która w oficjalnych podaniach przyniosła mu Literacką Nagrodę Nobla w 1926 roku. Sam pisarz uznany jest za jednego z najwybitniejszych twórców w dziejach literatury niemieckiej. 

            W 2008 roku w Niemczech po raz kolejny została ta powieść zekranizowana, a rok później dzięki wytwórni Gutek Film mogliśmy obejrzeć ją w Polsce.

            „Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny”. Krótka retrospekcja z wyścigu dzieci na wózkach i trafiamy na bal dziesięć lat później. Thomas (Mark Waschke) i Christian (August Diehl) to pełni radości młodzieńcy, a Tonia (Jessica Schwarz) w walcu jest prawdziwą księżniczką. Widzą to wszyscy. Jednak nie tylko uroda się liczy. Panny na wydaniu wnoszą w małżeństwo posag. To się liczy w mieszczańskiej, kupieckiej rodzinie.
- Pieniądz poślubi pieniądz.
- Czyż nie pragniemy tego wszyscy.
Małżeństwo to inwestycja. Wiedzą o tym Thomas i Tonia, i wyrzekają się swoich miłości poddając się woli rodziców, gdyż nazywając się Buddenbrook ma się obowiązki.
Tonia zostaje żoną kupca Grünlicha, jak się okazuje łowcy posagu, a gdy ten bankrutuje wraca do domu. Do jej rozwodu dochodzi też po raz drugi, gdy kolejny mąż przelewa swą namiętność na służącą. Wewnętrzny spokój odnajduje w powrotach do domu i we wspomnieniach miłości do studenta medycyny. Nie mając dzieci miłość swą przelewa na bratanka Hanno (Raben Bieling), syna Thomasa, który poślubia Gerdę (Léa Bosco) piękną skrzypaczkę z posagiem 300 tyś. Co bardziej rozbudza miłość do Gerdy, rozum czy serce? Thomas waży słowa. Zostaje konsulem (przejmuje firmę po ojcu) i senatorem Lubeki. Twardy, opanowany, nie chce stać się podobny do Christiana, swojego młodszego brata, lekkoducha zakochanego w teatrze i dobrej zabawie oraz w pewnej kurtyzanie, dla której odchodzi od rodziny. Jak sam twierdzi żyje w zgodzie z własnym sumieniem i przeżywa brata ponosząc klęskę w zakładzie psychiatrycznym,
W stulecie firmy grad niszczy plony, w które zainwestował Thomas nie stosując się do rodzinnej maksymy przekazywanej z pokolenia na pokolenie, aby tak prowadzić interesy w dzień, by spokojnie móc spać w nocy. Thomas już nie mógł. Wiedział również, że firmą nie zajmie się Hanno, mówiąc, że „nie da się prowadzić handlu zbożem siedząc przy fortepianie”. Nie da się. Dlatego w testamencie nakazuje sprzedanie firmy, a pieniądze mają pójść na utrzymanie rodziny. Tak małej już rodziny po śmierci nastoletniego Hanno na tyfus. Dwie czarne kreski powstałe spod ręki chłopca na drzewie genealogicznym rodziny odcięły go nie tylko od tradycji Buddenbrooków, ale i stały się zapowiedzią końca całej dynastii. 

Czy Heinrich Breloer, reżyser i jednocześnie współautor scenariusza stanął na wysokości zadania? Nie jest to prosta sprawa. Dla mnie tak. Nie da się wiernie przenieść tysiąc stronnicowej książki na ekran nie tworząc tasiemca. Breloer wychwycił jej najistotniejszą część i przedstawił swoją interpretację. Dobrał aktorów i miejsca, dla mnie odpowiednio.  I choć w powieści nie występuje Lubeka z nazwy, to poprzez nazwy ulic i opisy miejsc, wiemy, że to ona. Reżyser nie unika wypowiadania nazwy w filmie.

Dla mnie powieść „Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny” Tomasza Manna to również muzyka i wagnerowska fascynacja autora zwłaszcza operą „Tristan i Izolda”. W filmie są walce Chopina, Lonnera, a z Wagnera fragmenty „Pierścienia Nibelunga”, nic więcej. Jedyny szaleńczy, muzyczny, pełen ekspresji moment to duet Gerdy z porucznikiem Réne. Szkoda.

Mann to również wspaniałe, szczegółowe opisy. W powieści narracja jest perfekcyjna, a przeplatająca się subtelna ironia podkreśla kunszt młodego wtedy jeszcze pisarza. I tu mnie w dwóch momentach film urzekł. To spacer Toni plażą i zetknięcie jej bosych stóp w piaskiem. Tam odnalazłam też tak ważne dla pisarza kolory. Niebieski i żółty. Tradycja, nadzieja i rozkwit. Porażka i zepsucie. Wszystko to zawarł Mann w tych dwóch kolorach, a ja zobaczyłam to w zdjęciach Gernota Rolla. Drugim takim dla mnie opisem to upadek Thomasa po ekstrakcji zęba, również symbolu upadku i dekadencji. 

„Buddenbrookowie z zewnątrz czyści jak kryształ, w środku czarni jak smoła”.

Mogę napisać, że film mi się podobał, a książka jeszcze bardziej. I nie biorąc pod uwagę klęski Thomasa zgadzam się z jego słowami, że „źródła szczęścia i sukcesu są w nas samych, musimy o nie dbać”.  

To pierwszy filmowy patronat Kanapy:-) Oby tak dalej! :-)

niedziela, 20 lutego 2011

Paweł Jaszczuk - "Plan Sary"


To był idealny plan. Plan zemsty? Udowodnienia wszystkim swej siły? Wyrównanie rachunku za brak równości, drugo-, a nawet trzecioplanowość w życiu, za wyśmiewanie. Tak, to był idealny plan by poczuć oddech śmierci i dotknąć tym samym nieśmiertelności. A otrzymał go na przysłowiowej tacy. To był po prostu Plan Sary.
            Sara Redding studentka na Wydziale Prawa odrobiła zadanie domowe na ćwiczenia. Stworzyła idealny scenariusz dla fikcyjnego seryjnego mordercy. Pomysłowy, z detalami, dopracowany w każdym calu. Wszyscy na zajęciach byli pod wrażeniem i podekscytowani długo jeszcze na ten temat dyskutowali. Aż w końcu ktoś wprowadził go w życie i życia według tego scenariusza zaczął odbierać. Ofiarą stała się nawet autorka tego planu.
Rozwiązaniem tej zagadki zajął się Jakub Stern, dziennikarz śledczy. Dlaczego? Bo taki miał zawód? Bo był dociekliwym dziennikarzem? Bo go o to poprosili? Bo wiele łączyło go z Sarą Redding? A może, dlatego, że to on prowadził te feralne ćwiczenia i on namówił uczniów do wzięcia udziału w tym eksperymencie? Zajął się tym współpracując z koleżanką po fachu Wilgą de Brie i inspektorem Andrzejem Ziębą.
Po nitce do kłębka myślę i z niechęcią już po trzydziestu paru stronach zawiedziona stwierdzam, że znam mordercę, że to proste i mało odkrywcze. Jednak czytam, bo książka ciekawie napisana i dobrze wykreowane są w niej postacie. …i zaczynam się śmiać sama z siebie, jaka byłam naiwna, i jestem zadowolona, że ten kryminał nie skończył się według moich przypuszczeń.
Oprócz egocentrycznego dziennikarza mamy wiele innych ciekawych postaci. Czy to związani z nim zawodowo dziennikarze, czy też osoby prywatnie występujące w życiu Sterna.
Jesteśmy we Lwowie. Widmo wojny już krąży między uliczkami. Sztajguje z batiarami i kindrusami, bo jest rok ’38, społeczeństwo żydowskie już spotyka się z nazistowskimi hasłami, groźbami, a nawet Samuel Hillel doświadcza tej pogardy osobiście…
Nie jest nam do śmiechu, ale sądzę, że nie o jego wywołanie chodziło Pawłowi Jaszczukowi, doświadczonemu prozaikowi, zdobywcy prestiżowej Nagrody Wielkiego Kalibru w 2005 za powieść też kryminalną „Foresta Umbra”. Debiutował prawie 30 lat temu szkicem literacko-filozoficznym „Próba uchwycenia przedmiotu”. Jest również autorem sztuk scenicznych i innych powieści oraz opowiadań.
Książka ta należy do serii Asy Kryminałów stworzonej przez wydawnictwo Prószyński i S-ka ze świetną okładką projektu Doroty Kulawik, która sama przyciąga wzrok i zachęca swą tajemniczością
Kryminał ten czytało mi się bardzo dobrze. Napisany jest prostym językiem, a występująca gwara lwowska „odtajemniczona” jest słowniczkiem na końcu książki, natomiast wstawki mowy Tońcia i Szczepcia dodają uroku.
Według mnie to nie jest mrożąca krew w żyłach historia mimo „psychopatycznych morderstw” i widma kolejnego. Książkę czyta się z ciekawością i chęcią rozwiązania zagadki, i to zwolenników takich emocji powinna przyciągnąć ta historia. Mnie wciągnęła. I tak sobie myślę: ile Sterna jest w Jaszczuku, a Jaszczuka w Sternie? Mogę powiedzieć tylko tyle, dobra robota Panie Pawle.
Rozwiązanie zagadki w „Planie Sary” to nie pierwsze zadanie JakubaSterna i miejmy nadzieję, że nie ostatnie. 
 Kanapo dziękuję:-)